
Już od jakiegoś czasu wirtualizacja pływa na fali „hype’u” (polecamy nasz artykuł o krzywej hype’u) i można powiedzieć, że na stałe zagościła do naszych serwerowni. Już od zeszłego roku widać zarówno w prasie jak i u naszych klientów duży ciąg na tego typu rozwiązania. Analizując razem z nimi konkretne wdrożenia platform wirtualizacyjnych, zachłystujemy się szerokim spektrum funkcjonalnym tych rozwiązań:
- Możliwość regulowania zasobów (pamięć, procesor)
- Dowolne manipulowanie konkretnymi serwerami (wyłączanie, włączanie, przechowywanie środowisk testowych...)
- Możliwość lepszego wykorzystania zasobów (dla niezbyt wymagających aplikacji)
Te argumenty, w zależności od sprawności negocjacyjnej szefa IT trafiają prędzej czy później do uszu zarządów firm. Jednakże, jest jeden dodatkowy argument, który drastycznie przyspiesza proces decyzyjny, o czym naocznie mogłem się przekonać ostatnio: zużycie prądu w serwerowni... Pewna niezbyt duża firma (serwerownia kilkunastomaszynowa), z zasięgiem światowym, o mieszanej architekturze (Microsoft + Novell) przeszła na 100% wirtualizację zmniejszając pobór prądu o niecałą połowę (głównie dzięki wyłączeniu starych, mało oszczędnych maszyn). Jak się okazuje, to ten argument był kluczem do negocjacji budżetu wirtualizacji: Pani Prezes postawiona przed alternatywą: „wirtualizacja, albo dodatkowe klimatyzatory i jeszcze większa faktura za prąd” bez wahania postawiła na pierwszą opcję.
Nie jest to pierwszy taki przypadek. Tytuł witryny internetowej firmy VMWare na drugim miejscu wskazuje „Green IT”. Co chyba jest najlepszym dowodem, że ten argument należy wykorzystywać w działaniach handlowych jak najczęściej...